MyLife

Wanda Czarnecka

 

599_300x450

MOJE ŻYCIE

DZIECIŃSTWO

Nazywam się Wanda Czarnecka, z domu Wojdyńska. Urodziłam się 6 listopada 1923 roku w Dziewierzewie. Moja mama Zofia, z domu Kowalska, urodziła się w 1900 roku w Pyzdrach. Tato Józef urodził się również w 1900 roku, w miejscowości Bochlewo.

Moi rodzice pobrali się w Nakle w 1922 roku. Po ślubie objęli gospodarstwo w Dziewierzewie.
Gdy miałam dwa tygodnie, zostałam ochrzczona w kościele parafialnym w Dziewierzewie. Moimi rodzicami chrzestnymi byli Babcia Wojdyńska i Dziadek Kowalski. Chrztu udzielił ksiądz Metelski. W 1926 roku przyszedł na świat mój brat Zygmunt Ryszard.

Gdy byłam dzieckiem, często przebywałam u moich dziadków, rodziców mamy, w Nakle. Z tego okresu mam bardzo dużo wspomnień. Moja mama miała trzech braci - Piotra, Ludwika i Tadeusza oraz siostrę Irenę, która była ode mnie starsza tylko o 10 lat. Dziadek i wujkowie uwielbiali obdarowywać mnie słodyczami. Pamiętam, gdy leżałam przed snem w dziadka łóżku, do domu wracali moi wujkowie i przynosili mi łakocie. Dziadek bardzo nie lubił, gdy synowie wracali późno do domu. Brał do ręki "dyscyplinę" i ganiał chłopaków wokół dużego stołu w salonie. Od tego czasu bałam się dziadka.

"NIEMIECKIE PÓŁDIABLĘ"

W 1928 roku dziadek namówił moich rodziców, żeby zamieszkali w Nakle. Bardzo tęsknił za córką, która zawsze była jego prawą ręką i osobą, na której mógł polegać. Gospodarstwo w Dziewierzewie zostało wydzierżawione panu Strzałkowskiemu. W tym czasie mój dziadek i jego dwaj wspólnicy kupili fabrykę mydła w Bydgoszczy. Jednak interes nie "wypalił". Dziadek bardzo dużo na nim stracił. Potem sprzedał sklep i olejarnię i kupił 50-cio hektarowe gospodarstwo w powiecie świeckim Plewno. Hotel zostawił synowi Piotrowi.

Moi rodzice mieszkali w Nakle dziesięć miesięcy. Mama zaczęła tęsknić za domem i postanowiła wrócić do Dziewierzewa. Dzierżawca nie wywiązywał się ze swoich obowiązków. Gospodarstwo było w opłakanym stanie. Mój ojciec nie nadawał się do prowadzenia rodzinnego interesu. Uwielbiał życie towarzyskie, mało czasu poświęcał pracy.

Kiedy wróciliśmy do Dziewierzewa, kontakt z dziadkami się urwał. Przyjechali do nas dopiero, kiedy przystępowałam do Pierwszej Komunii Świętej.

Muszę w tym momencie wspomnieć, że byłam bardzo niesfornym dzieckiem. Nazywano mnie "półdiablę niemieckie". Opiekowała się mną Marysia Maćkowska, która musiała się nieźle natrudzić.

Gdy ja i mój brat byliśmy dziećmi, mieliśmy do dyspozycji zaprzęg z bernardynami. Wózek, w którym siedziało dwoje dzieci, ciągnięty przez dwa duże psy, był atrakcją dla innych dzieci w okolicy. Podczas przejażdżek towarzyszył nam Wojtek, który pracował u naszego ojca. Interweniował, kiedy psy rozpędziły się za bardzo. Jeden z psów, Bary, pilnował nocą podwórza. Na wysokości szczytu domu rozciągnięty był gruby drut, przyczepiony do budynku gospodarczego. Do niego doczepiony był drut pionowy, do którego natomiast przymocowany był łańcuch Barego.

Wspomnieniom z dzieciństwa towarzyszy strach, jaki przeżywaliśmy z bratem w wigilię Bożego Narodzenia. Każdego roku odwiedzali nas "gwiazdorzy". Wyglądali przerażająco, dlatego też chowaliśmy się. Zawsze jednak dorosłym udało się nas znaleźć. Pewnego roku pod choinką znalazłam piękną lalkę. Była to pierwsza lalka w moim życiu. Nie bawiłam się nią zbyt długo, niestety. Chciałam zobaczyć, co znajduje się w środku i zoperowałam ją. Byłam zrozpaczona, ponieważ w brzuchu lalki były trociny. Spodziewałam się, że znajdę tam skarb. Za zniszczenie prezentu dostałam od mamy kilka klapsów.

DZIADEK LEON I BABCIA WIKTORIA

Mój dziadek uwielbiał Piłsudskiego. Miał bardzo dużo pamiątek, które schowane były w olbrzymiej skrzyni. Dziadek przeglądał także wszystkie książki, które czytałam. Dla niego liczyły się tylko książki historyczne. Był bardzo niezadowolony, gdy czytałam jakiś romans.

Dziadek podczas zaborów mieszkał w Pyzdrach. Moi pradziadkowie mieli tam gospodarstwo rolne. Ożenił się z babcią Wiktorią, potem urodziły się dzieci. Dziadkowie dbali o to, żeby dzieci mówiły w języku ojczystym. Polskiego uczyły się w domu, bo w szkole wykładano w języku rosyjskim. Z opowieści rodzinnych wynika, że Dziadek naraził się rosyjskim zaborcom i został przez nich zaocznie skazany na karę śmierci. Przez jakiś czas ukrywał się na Kempie, która była otoczona Wartą. Babcia została sama z dziećmi. Moja mama była najstarsza z rodzeństwa i często matkowała młodszym. Jakimś cudem dziadkowi udało się uciec do Ameryki. Nie wiem dokładnie, kiedy wrócił. Po powrocie moi dziadkowie sprzedali gospodarstwo w Pyzdrach i przenieśli się do Nakła.

Dziadkowie odegrali dużą rolę w moim życiu. Dzięki ich zaangażowaniu przyszłam na świat. Tata mojej mamy, Leon Kowalski, i tata mojego taty, dziadek Wojdyński wyswatali moich rodziców. Rodzice mamy mieszkali w miejscowości Nakło. Dziadek Kowalski posiadał hotel, sklep spożywczy, olejarnię i składnicę węgla. Dziadek Wojdyński jeździł po okolicy i szukał gospodarstwa dla swojej pasierbicy. Pewnego dnia przejeżdżał przez Nakło i postanowił zatrzymać się w hotelu dziadka Kowalskiego. Hotelem zarządzała córka właściciela, czyli moja mama. Zofia Kowalska bardzo spodobała się dziadkowi Wojdyńskiemu. Młoda, energiczna i ładna dziewczyna zrobiła na nim duże wrażenie, dlatego też postanowił dogadać się z jej ojcem. Powiedział do właściciela hotelu: "Ja mam syna, ty masz córkę. Możemy sprawić, żeby się poznali."

SZKOLNE LATA

Szkoła podstawowa była oddalona o 4 kilometry od Dziewierzewa. Byłam dzieckiem "wątłej postury" i dlatego mój ojciec uważał, że nie powinnam codziennie pokonywać tak długiej drogi. Rodzice zawieźli mnie do przyrodniej siostry ojca, Marii Biegniewskiej, która mieszkała w Zarczynie. Tam była szkoła oddalona 200 metrów od domu. Chodziłam do niej z kuzynką Zosią. Mieszkając u cioci, bardzo tęskniłam za domem. Kiedy rok szkolny się skończył, wróciłam do domu.

Drugą klasę skończyłam, dojeżdżając do naszej szkoły w Dziewierzewie. Codziennie podwozili mnie tam chłopcy, którzy pracowali w naszym gospodarstwie. Trzecią i czwartą klasę ?przerabiałam? w domu. Ojciec zatrudnił nauczycielkę, panią Jankę Sokołowską, która zamieszkała w naszym domu. Taki system nauczania był dla mnie bardzo męczący. Wszystko musiałam umieć śpiewająco. Nie mogłam też liczyć na to, że nie będę pytana. Bardzo lubiłam swoją nauczycielkę. Pani Sokołowska dbała o mnie jak o własne dziecko. Myła mi głowę, a potem zaplatała w ciasne warkocze, gdyż tak życzyła sobie moja mama. Bardzo mnie to denerwowało. Do dziś nie lubię, gdy ktoś czesze moje włosy.

Kiedy byłam w trzeciej klasie szkoły podstawowej, przygotowywaliśmy się do przyjęcia sakramentu Komunii Świętej. Na każdą lekcję religii musieliśmy wykuć na pamięć określony fragment katechizmu. Nasz proboszcz był bardzo surowy i karał tych, którzy się nie nauczyli. Pamiętam dzień Pierwszej Komunii Świętej. Zostałam pięknie uczesana przez panią Jankę i ubrana w białą szatę i welon. Na uroczystość komunii przyjechał do nas, po kilku latach nieobecności, dziadek Kowalski, mój chrzestny. Podarował mi wtedy piękny zegarek.

Pod koniec roku szkolnego zdawałam egzamin przed komisją powiatową. W taki sposób otrzymałam promocję do czwartej klasy. Wakacje spędziłam u dziadka w Plewnie, na Pomorzu. Tam było piękne jezioro. Wujek Ludwik uczył mnie i brata pływać, używając maty z sitowia. Największa atrakcją był dla mnie wyjazd karetą do kościoła.

Kiedy skończyłam czwartą klasę, mój ojciec został wybrany na wójta. Piastował także kilka społecznych funkcji: był prezesem straży pożarnej i kółka rolniczego. Brał czynny udział w organizowaniu spółki mleczarskiej. Na początku niemieccy udziałowcy nie chcieli przyjąć do spółki polskich dostawców, potem jednak zostali do tego zmuszeni.

W naszej wiosce była tylko niemiecka szkoła. Polska placówka była oddalona o cztery kilometry. Podczas kadencji mojego taty, w naszej miejscowości została utworzona sześcioklasowa polska szkoła podstawowa, w miejscu szkoły niemieckiej. Biedniejsi uczniowie otrzymywali codziennie śniadanie - dostawali chleb i mleko. Gdy byłam uczennicą piątej klasy, powierzono mi funkcję sekretarza samorządu szkolnego.

MŁODOŚĆ, MIŁOŚĆ, NAUKA

Po ukończeniu szóstej klasy zdawałam egzamin do prywatnej szkoły gimnazjalnej w Bydgoszczy. Było to gimnazjum żeńskie. Lekcji muzyki i śpiewu udzielał przyrodni brat Paderewskiego. Chciałabym tu wspomnieć również znanego malarza Turwida. Jego obraz umieszczony był na ołtarzu w kaplicy szkolnej.

Wiosną dojeżdżałam do Bydgoszczy pociągiem, natomiast zimą mieszkałam na stancji. W pokoju byłam z Zosią Zboińską, córką właścicielki. Przejazdy pociągiem obfitowały w ciekawe sytuacje. Zawsze miałam oddane grono adoratorów. Pewnego razu jeden z nich, pochodzący z Dziewierzewa, znokautował dwóch, którzy pochodzili z Kcyni. Zrobiła się z tego niezła afera, która zakończyła się dochodzeniem w szkole.

Gdy byłam w drugiej klasie, zmieniłam mieszkanie. Bardzo miło wspominam ten okres. Ja i moje koleżanki byłyśmy odprowadzane do szkoły przez ?brać gimnazjalną?. Po ukończeniu pierwszej klasy wyjechałam na wakacje do cioci Skibińskiej, do Nakła. Była to nasza daleka krewna, ale bardzo zżyta z naszą rodziną. Zaprzyjaźniłam się z kuzynką Sabiną, córką cioci. Chodziłyśmy razem na spacery w towarzystwie ?sztubaków?. Naprzeciwko domu cioci była kawiarnia. Syn właściciela zalecał się do mnie, podrzucając nam przez okno świeże pączki.

Jako ciekawostkę powiem, że czesne w szkole wynosiło 22 złote, a utrzymanie 70 złotych. Był to duży wydatek dla przeciętnej rodziny. Nie każdy mógł sobie pozwolić, żeby kształcić dziecko. W tym czasie nauczyciel zarabiał 125 złotych miesięcznie.

PIERWSZA POWAŻNA ZNAJOMOŚĆ

Pewnego dnia Sabinka przybiegła do mnie i zawołała: ?Jesteśmy zaproszone na wieczorek do państwa Wiciorków!? Wahałyśmy tylko przez chwilkę. Po przybyciu na miejsce zostałyśmy przedstawione gospodarzom. Po chwili zjawili się tam dwaj panowie. Jeden z nich był kuzynem, a drugi przyjacielem domu. Po pysznym podwieczorku, gospodarze włączyli "patefon" i zaprosili wszystkich do tańca. Byłam oczarowana. Moim partnerem był pan Jerzy Dastych. Imponowało mi to, że mam zaszczyt tańczyć z dyplomowanym profesorem muzyki. Dla mnie, dziewczyny piętnastoletniej, było to ogromne wyróżnienie. O tym, że pan Dastych jest profesorem muzyki, dowiedziałam się dopiero na drugi dzień, gdy zostałam odprowadzona przez niego i kuzynkę na stację kolejową. Pan profesor wręczył mi na pożegnanie wizytówkę, prosząc jednocześnie o mój adres bydgoski.

Gdy wróciłam do domu, nikomu nie powiedziałam o mojej nowej znajomości. Po miesiącu, gdy wróciłam do szkoły do Bydgoszczy, zjawił się pan Dastych z bukietem pięknych kwiatów. W towarzystwie mojej koleżanki Zosi poszliśmy do kina na film "Serce matki". Zosi bardzo spodobał się pan profesor, gdyż nie lubiła bandy rozwydrzonych gimnazjalistów. Ona podkochiwała się w nauczycielu, który pracował w szkole w Dziewierzewie. Kiedy otrzymywałam listy od pana Dastycha, czytałyśmy je z zapartym tchem. Sielanka skończyła się bardzo szybko i z wielkim hukiem. Mama Zosi znalazła listy od profesora i przekazała je mojej mamie. Rodzice bardzo się zdenerwowali. Tatuś napisał list do profesora. Listy od niego pokazał przełożonej w gimnazjum, pani Rolbieskiej. Od niej też usłyszałam kazanie. Musiałam zmienić szkołę, niestety. Po wakacjach miałam rozpocząć naukę w Poznaniu, chociaż nie bardzo mi się to podobało.

ZANIM WYBUCHŁA WOJNA

W roku 1939, w czasie wakacji, stacjonowało w Dziewierzewie wojsko. U nas mieszkało dwóch oficerów. W tym czasie jeździłam na lekcje języka niemieckiego do szkoły Koppa. Bardzo często wracałam w towarzystwie podchorążego Maćka Erharda.

Nie spodziewaliśmy się wtedy tragedii, jaka miała spotkać moją rodzinę i całą ojczyznę. Pod koniec sierpnia mój ojciec przyjechał do domu i kazał nam się pakować. Zewsząd docierały do nas pogłoski o zbliżającej się wojnie. Zabraliśmy porcelanę, odzież i pościel. Mieliśmy krowy "zarodowe", które ojciec kazał wypędzić z obory. Mama nie chciała wyjeżdżać.

Ja i brat wsiedliśmy do wozu i pojechaliśmy. Obok wozu szły zwierzęta. Pojechaliśmy do dziadka Wojdyńskiego, który posiadał 90-cio hektarowe gospodarstwo w powiecie konińskim. W czasie naszej podróży było bardzo gorąco. Pamiętam, że jechaliśmy dzień i noc. Kiedy wjeżdżaliśmy do lasu, znajdującego się przed miejscowością Kazimierz Biskupi, natrafiliśmy na wojsko polskie. Żołnierze kazali nam ukryć wozy, gdyż nadleciały dwa samoloty, które ostrzeliwały drogę. W taki sposób rozpoczęła się najstraszniejsza wojna na świecie. Było to we wrześniu 1939 roku. Dziadek przeraził się, kiedy zobaczył wnuki i bydło. Posiadał ogromne zabudowania, ale nie było w nich miejsca na dodatkowy inwentarz.
Po kilku dniach przyjechali rodzice. Potem ojciec pojechał do Warszawy, żeby zaciągnąć się do armii. Starostwo wydało rozporządzenie, żeby zlikwidować obory zarodowe. Ta sytuacja bardzo zdenerwowała mamę, który po tygodniu zarządziła powrót do Dziewierzewa.

Po powrocie mieliśmy spokój. Pamiętam jedno zdarzenie, które utkwiło mi w pamięci. Pewnej niedzieli po południu przyszli do naszego domu dwaj Niemcy, sąsiedzi z Dziewierzewa. Byłam wtedy sama. Jeden zapytał: "Gdzie jest twój ojciec?" Odpowiedziałam: "Nie wiem." Niemiec zaczął mi grozić i wymyślać tortury, które zastosują wobec mojego taty. Byłam śmiertelnie przerażona. Kiedy odeszli, wróciła mama. Wszystko jej opowiedziałam. Mama zaczęła lamentować. Wiedzieliśmy co czeka ojca, gdyby zdecydował się wrócić. Nadzór nad naszym gospodarstwem miał jeden niemiecki gospodarz, który od wójta, czyli mojego ojca, nie dostał pozwolenia na wyjazd do Niemiec.

W tym czasie wszystko się zmieniło. Z gospodarzy staliśmy się siłą roboczą. Takie były wtedy czasy. Pewnej nocy zapukał do naszych drzwi posłaniec od leśniczego. Prosił, żeby mama z nim poszła. Spaliśmy już, ale w pewnym momencie coś nas obudziło. Do domu wrócił tato. Mama błagała go, żeby uciekał. Bała się gróźb ze strony Niemców. Ojciec powiedział do mamy: "Nikogo nie zabiłem i nikogo nie skrzywdziłem." Później okazało się, że wojsko polskie internowało kilku Niemców. Niemcy podejrzewali, że to mój ojciec podał ich nazwiska, z racji pełnienia swojej funkcji. Dlatego też bardzo zależało im na tym, żeby go znaleźć.

ARESZTOWANIE I ŚMIERĆ OJCA

15 października Niemcy zaczęli napadać na domy polskich mieszkańców. Wywlekali ludzi z łóżek i bili do nieprzytomności. Nigdy nie zapomnę tej strasznej nocy. Wokoło ujadały psy. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Ojciec podszedł, otworzył i zaprosił "gości" do środka. Staliśmy na korytarzu. Nagle zauważyłam, że wchodzący do domu zaczynają bić ojca gumowymi pałkami. Nie wiem, ilu ich było. Szybko zatrzasnęliśmy drzwi do kuchni. Z pomieszczenia obok dochodziły jęki i odgłos bicia. Po chwili stwierdziłyśmy z mamą, że nie ma obok nas brata. Mój brat był wtedy trzynastoletnim chłopakiem, który ukończył pierwszą klasę liceum. Pół godziny później zrobiło się cicho. Po tym incydencie i po naradzeniu się z mamą, ojciec postanowił wyjechać. Pozwolono mu opuścić gospodarstwo z jedną walizką w ręku. Miał pojechać do Żnina, do swojego ojca. Przed wyjazdem do domu wtargnęło dwóch żandarmów i aresztowali ojca. Do więzienia do Żnina biegł przed jadącymi na rowerach żandarmami. Na schodach czołgał się do celi.

Po tygodniu pojechałam do więzienia, żeby zawieźć ojcu paczkę. Jednak ojca już tam nie było. Dozorca wręczył mi ojca ubranie i powiedział, że wywieziono go do więzienia w Bydgoszczy. Okazało się, że ojciec wraz z innymi więźniami został rozstrzelany na Starym Rynku w Bydgoszczy.
Po moim ojcu zostało tylko nazwisko, które umieszczono na pomniku zamordowanych. To jedyny ślad, że istniał i pracował społecznie dla swojej ojczyzny. Nigdy nie pogodziliśmy się z tym, że odszedł w taki sposób. Trudno nam było uwierzyć, że nie żyje.

W więzieniu w Żninie był także brat mojego przyszłego męża i kolega ze szkoły. Okazało się, że żaden z nich już nie wrócił. Dowiedzieliśmy się, że zostali wywiezieni w jakieś nieznane miejsce. Tam musieli wykopać sobie grób. Zostali rozstrzelani. Do dzisiaj nie wiemy, gdzie znajdują się ich mogiły.

W grudniu przyszła do nas koleżanka Greta Kin i powiedziała: "Przynieście do nas wszystkie wasze rzeczy, gdyż będą was wysiedlać." Zrobiliśmy tak jak mówiła Greta. Kilka dni później przyjechał do nas znajomy Niemiec. Usłyszałam krzyk mamy: "Pakujemy się!" Pozwolono nam zabrać kilka rzeczy, m.in. pled z baranich skór, płaszcze szkolne i czapki gimnazjalne. Pojechaliśmy w tym, co mieliśmy na sobie. Jakby tego było mało, jeden z Niemców chciał ściągnąć mamie obrączkę z palca. Ona jednak poradziła sobie z nim. Odtrąciła napastnika, używając przy tym niecenzuralnych słów.

Polskie rodziny zostały przewiezione do Zarczyna. Tam wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy do Żnina. Przed wyjazdem odebrano nam jeszcze część rzeczy.

W tym czasie aresztowano też Edmunda Czarneckiego, wówczas 19-letniego młodzieńca. Jego brat Roman został zamordowany, Zygmunt i Brunon byli w niewoli. W domu zostali jeszcze rodzice i siostry - Wanda i Irena.

TRZECH BRACI - TRZECH ADORATORÓW

Pojechaliśmy w nieznanym kierunku. Warunki w pociągu były straszne, szczególnie dla matek z małymi dziećmi. Jechaliśmy dzień i noc. Rano okazało się, że jesteśmy w Mińsku Mazowieckim. Niemcy kazali nam wysiąść. Musieliśmy wziąć cały nasz dobytek i iść do koszar. Tam spędziliśmy noc. Rano przed koszarami ustawiły się "podwody" z pobliskich miejscowości. Wsiedliśmy do jednego wozu. Starszy gospodarz zabrał nas do Osin, małej wioski, która była oddalona od Mińska o trzy kilometry. Było bardzo zimno. Nie mieliśmy ubrań dostosowanych do pory roku. Ratunkiem był dla nas barani pled, który zabraliśmy z domu. Gdy dojechaliśmy na miejsce, zostaliśmy bardzo serdecznie przyjęci przez starszą gospodynię. Napaliła w piecu w kuchni, a potem nakarmiła nas kapuśniakiem i suchym chlebem. Państwo Kowalczykowie, bo tak nazywali się nasi gospodarze, byli dla nas bardzo dobrzy. W ich domu mieszkał wnuk Władziu, który uczył się w gimnazjum w Mińsku.

Po dwóch tygodniach ja i mama zostałyśmy zaproszone do państwa Osetowskich. Pan Osetowski był właścicielem apteki, która mieściła się w ich domu. Jego żona była przełożoną w gimnazjum. Osetowscy mieli dwie córki, jedna studiowała medycynę, a druga była farmaceutką i pracowała z ojcem w aptece. Zaproponowali mi, żebym u nich została. Byłam tam traktowana jak gość, ale starałam się pomagać w domu. Pani Osetowska była teraz gospodynią domową, gdyż gimnazjum zostało zamknięte. Miała trzech bratanków - Janusza, Mariana i Kazika, którzy często odwiedzali ciocię. Pewnego dnia powiedziała do mnie: "Od kiedy mieszkasz u nas, moi bratankowie częściej nas odwiedzają." Wszyscy razem, ja, córki państwa Osetowskich i ich bratankowie, zaprzyjaźniliśmy się bardzo. Często chodziliśmy na spacery, bawiliśmy się na śniegu, rzucaliśmy śnieżkami. Wieczorami przychodził Kazik, który pięknie grał na skrzypcach. Janusz, który zajmował się elektryką, adorował mnie na każdym kroku. Często przynosił mi listy, chociaż mieszkał dwa domy dalej. W listach, które czytałam po kryjomu, zapewniał mnie o swoich uczuciach.

Moja mama napisała list do siostry taty. Opisała w nim naszą sytuację związaną z wysiedleniem. Pod koniec stycznia dostała wiadomość, że przyjeżdża po nas brat z zakonu Kamedułów i mamy być gotowe do wyjazdu. Najbardziej rozczarowani byli bratankowie pani Osetowskiej, bracia Kazikowscy. Każdy szeptał mi czułe słówka i prosił, żebym o nim nie zapomniała. A ja każdego zapewniałam o swojej wierności, chociaż największe wrażenie wywarł na mnie Janusz.

NIEBEZPIECZNA PRZEPRAWA PRZEZ GRANICĘ

W końcu nadszedł czas wyjazdu. Posłaniec zjawił się w cywilnym ubraniu. Pojechaliśmy. Podróż pociągiem była bardzo niebezpieczna. Nie mieliśmy żadnych dokumentów, które upoważniałyby nas do powrotu i przekroczenia granicy Warthelandu.

Staliśmy na zatłoczonym ganku przy przedziale, w którym siedzieli niemieccy żołnierze. Co chwilę któryś z żołnierzy prosił, żebym usiadła na wolnym miejscu. Mama mocno trzymała mnie za rękaw, a ja grzecznie odmawiałam. Cóż innego mogłam zrobić. Najbardziej bałam się podczas kontroli granicznej. Ale udało nam się przez to przejść, chociaż do dzisiaj zastanawiam się, jak to się stało. Może zakonnik przekupił kontrolera?
Dojechaliśmy do Kazimierza Biskupiego. Zatrzymaliśmy się w klasztorze. Tam wspaniale nas przyjęto, przy suto zastawionym stole. Później przyjechał po nas wujek i zawiózł nas do domu. Ciocia przyjęła nas bardzo serdecznie. Byłyśmy wzruszone, gdyż po pięciu miesiącach tułaczki, spotkałyśmy się znowu z rodziną.

Ciocia z wujkiem zajmowali się gospodarstwem, dobrze im się powodziło i dzięki temu nam też żyło się lepiej. Wszyscy wspaniale nas traktowali. Kuzynki Jadzia i Zosia były dla mnie bardzo miłe. Często wyjeżdżałam z Jadzią do Kazimierza Biskupiego po zakupy. Rowery zostawiałyśmy zawsze w młynie u pana Dolaty. Dziwiłam się, dlaczego akurat zawsze tam zostawiałyśmy nasze środki lokomocji. Okazało się, że pan Dolata miał syna Tadeusza, który był licealistą. Poznaliśmy się. Powiedziałam mu, że jestem wnuczką Wojdyńskiego i bratanicą Karpińskich. Tadeusz odprowadzał nas, kiedy byłyśmy w mieście. Myślałam, że on był zakochany w moje kuzynce. Pewnego dnia dostałam list od Tadeusza, w którym zapytał: "Czy ty nie zauważyłaś, jakie zrobiłaś na mnie wrażenie?" Nie chciałam nikomu mówić o tym liście, gdyż zdawałam sobie sprawę, że Jadzia kocha Tadeusza. Tadeusz również mi się spodobał. Był bardzo przystojny i miły. Gdy byłam w jego towarzystwie, przypominały mi się beztroskie "czasy sztubackie".

Podczas Świąt Wielkanocnych kuzynki planowały zorganizować przyjęcie. Poszliśmy zaprosić pana Zabłockiego, bratanka zaprzyjaźnionej rodziny. Na przyjęcie miał być też zaproszony Tadek Dolata. W Wielki Piątek pojechaliśmy do kościoła. Przed kościołem czekał Tadeusz. Wysiedliśmy z powozu. Stałam oddalona o kilka kroków od kuzynek. Tadeusz podszedł do mnie, pocałował w rękę i wprowadził do kościoła. W kościele stał przy mnie. Do dzisiaj pamiętam, jakie piekło rozpętała moja ciotka, mama Jadzi. Ciotka miała nadzieję, że Jadzia zostanie w przyszłości panią Dolatową. Mama bardzo się zdenerwowała, kiedy usłyszała ?wywody? cioci i stwierdzenie, że jeśli zostanę u nich na święta, to one wyjadą. Rano odprowadziła mnie do cioci Zielińskiej, która mieszkała obok Dziadka Wojdyńskiego. Obydwie śmiały się z historii, którą opowiedziała mama. Ja zostałam u cioci, a mama poszła do Pyzdr.

Nie wiem skąd Tadeusz dowiedział się, gdzie jestem. Gdy przyjechał, poszliśmy na spacer. Zapewniał mnie o swoim uczuciu. Powiedział mi także, że nigdy nie interesował się moimi kuzynkami. Potem zasypywał mnie listami.
Po kilku dniach przyjechała mama ze swoją kuzynką. Spakowałyśmy nasz dobytek i pojechałyśmy do Pyzdr, do cioci Jewasińskiej, która była siostrą mojej babci Wiktorii. Rodzina Jewasińskich prowadziła piekarnię, w której pracowali synowie wujostwa. Senior rodu natomiast był namiętnym wędkarzem. Przynosił do domu piękne liny i karpie. Dzięki jego pasji, mieliśmy urozmaicone dania obiadowe. Kazia, córka cioci i wujka, była dla mnie ciocią. Była starsza ode mnie tylko o siedem lat, dlatego mówiłam do niej po imieniu. Najmłodszy syn wujostwa, który był w moim wieku, przedstawił mi swoich kolegów. Z tego względu często byłam otoczona wianuszkiem mężczyzn.

UROK OSOBISTY

Obok wujostwa mieszkało bardzo wielu krewnych. Często odwiedzaliśmy się nawzajem. Tam życie biegło własnym rytmem. Wyglądało to tak, jakby w ogóle nie było okupacji.

Pewnego razu zostałam zaproszona na wesele córki państwa Czwudzińskich. Pomyślałam sobie wtedy: "Dlaczego zapraszają mnie na to wesele?" Moja kuzynka powyciągała z szafy swoją garderobę i wystroiła mnie jak lalkę z żurnala. Byłyśmy druhnami panny młodej. Przyjęcie weselne było wspaniałe.

Kuzynka Kazia lubiła spacerować. Była bardzo elegancką, pięknie ubraną panienką. Prezentowałam się przy niej bardzo skromnie. Nosiłam skromny, gimnazjalny płaszczyk. Głowę zdobiły dwa, nie do końca zaplecione warkocze, które zwijały się w podłużny lok, i szkolna czapka. Być może ten dziewczęcy, nieco nieokrzesany wizerunek przyciągał uwagę chłopców.

W Pyzdrach mieszkało bardzo dużo rodzin żydowskich. Pamiętam piękne dziewczyny, o długich lśniących czernią włosach, które można było spotkać wieczorem na skwerku obok rynku. Pewnego dnia Niemcy zaczęli wysiedlać zamożne rodziny żydowskie. Na ich miejsce przywożono rodziny niemieckie. Niemcy zaczęli też wywozić polską młodzież na przymusowe roboty. Moja ciocia Kowalska, która mieszkała nad Wartą, przyjęła do swojego domu córkę żydowskiego dentysty. Ciocia miała dwa domy. W jednym z nich mieszkali lokatorzy. Ja również spędziłam tam kilka tygodni. Było to w okresie sianokosów. Pomagałam wtedy przy suszeniu siana. Słońce grzało niemiłosiernie. W wolnym czasie chłodziłam się w Warcie. Wtedy też nauczyłam się pływać.

W NOWYM MIEJSCU

Ze względu na sytuację trzeba było znowu zmienić miejsce zamieszkania. Mama zawiozła mnie do cioci Skibińskiej. W gospodarstwie wujostwa spędziłam kilka zimowych miesięcy. Uczyłam się wtedy jeździć na nartach. Pierwsza lekcja zakończyła się opuchlizną kolan i kilkudniowym leżeniem w łóżku.

Siedem kilometrów za Wartą był kościół katolicki. Poszłam na mszę w towarzystwie wujka Czesława. Przed kościołem zobaczyłam znajomą twarz. Nie mogłam jednak przypomnieć sobie, kto stoi przede mną. Po chwili usłyszałam: "Cześć koleżanko! Jestem bratem księdza Majchrzaka. Znamy się z Bydgoszczy. Koleżanka mieszkała przecież naprzeciwko parafii Świętej Trójcy." Wtedy przypomniałam sobie, kto ze mną rozmawia. Mieszkając w Bydgoszczy, często obserwowałam z balkonu ciemnowłosego gimnazjalistę. Rozmawialiśmy chwilkę, a potem poszliśmy na mszę. Gdy wychodziliśmy z kościoła, okazało się, że budynek jest obstawiony przez żandarmów. Przestraszyłam się. Nie wiem w jaki sposób wujek nas stamtąd wydostał. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło. Nie odważyliśmy się ponownie przekraczać Warty i dlatego przez dłuższy czas nie byłam w kościele. To było w roku 1942.

Podczas mojego pobytu u cioci Skibińskiej, moja mama i brat wybrali się do mamy siostry do Plewna na Pomorze. Byli tam dwa tygodnie. Potem dziadek Kowalski został aresztowany, a ciocia z mężem i dziećmi wywiezieni zostali do obozu w Potulicach. Dwoje najmłodszych zostało u teściowej cioci. Po kilku dniach pobytu w obozie, wysłano ciocię i wujka do przymusowej pracy do Niemiec. Dzieci zostały w obozie. Babcia Wiktoria pojechała do Nakła i zamieszkała u cioci Skibińskiej. Co drugi dzień, bez względu na szalejącą śnieżycę i mróz, babcia szła czternaście kilometrów, żeby zanieść dzieciom do obozu trochę chleba. Dostawała od znajomych Niemców kartki i dzięki temu pomagała wnukom. Halinka, która miała pięć lat, poddawana była eksperymentom. Uratowała ją jedna z pielęgniarek, zaznaczając, że Halinka umarła. Babcia wydostała z obozu troje moich kuzynów. Nie wiem, jak to zrobiła. Moja mama i brat, chociaż byli tam w czasie aresztowań, zostali zwolnieni i wrócili do Pyzdr.
Rodzina zaczęła szukać dla mnie kolejnej kryjówki. Zamieszkałam w Tomicach u kuzynki mojej mamy, Sabiny Sikorskiej. Tam byłam niecały miesiąc. W Tomicach mieszkał też dalszy krewny mamy, wujek Hauke, który posiadał duże gospodarstwo. Wujek i ciocia stracili dwoje dzieci. Tak się złożyło, że u nich znalazłam dom. Ciocia była dla mnie jak matka.

Mój brat, po wysiedleniu cioci i wujka Skibińskich, pozostał na ich gospodarstwie jako robotnik. W tym gospodarstwie osiedlili się Niemcy, który przyjechali z nad Morza Czarnego. Brat, chociaż miał dopiero czternaście lat, musiał bardzo ciężko pracować. Mama została w Pyzdrach. Pracowała jako gospodyni u pani Balke, która była niemiecką wdową. Była to bardzo miła osoba. Prowadziła piekarnię, którą zarządzał Polak, pan Zieleziński. Po wojnie pani Balke i pan Zieleziński pobrali się. Od pani Balke mama dostawała bułki i chleb. Dzięki temu mogła pomagać bratu, który za swoją pracę otrzymywał bardzo skromne wyżywienie.

PRACA U WANIGMANÓW

Wujostwo, u których mieszkałam, straciło swój majątek. Z gospodarzy stali się włodarzami. Wysiedlono ich do pomieszczeń, w których mieszkali pracownicy. Ja zostałam w domu, gdyż znałam trochę język niemiecki. Prowadziłam księgi rachunkowe.

Potem dom wujostwa zajął Karol Wanigman z żoną. Zatrudnił Polaków, którzy pracowali jako personel biurowy. Ja przejęłam rolę gospodyni. Dostałam książkę kucharską. Po wydaniu dyspozycji, zajmowałam się gotowaniem. Do dzisiaj dziwię się, w jaki sposób dałam sobie radę. Na początku było mi bardzo ciężko. Ale po pewnym czasie doszłam do perfekcji. Pokojówką była tam, córka "małego" gospodarza, niebieskooka Teresa Graczyk. Jej tato pracował natomiast jako stróż nocny. Tam pracowałam do zakończenia wojny.

Karol Wanigman sprawował urząd zarządcy okręgu. Do niego należała też Zamość. Podczas naszej pierwszej rozmowy zapytał mnie, skąd pochodzę i gdzie byłam poprzednio. Musiałam przyznać, że nasza rodzina została wysiedlona i zamieszkaliśmy tutaj u krewnych. Nie miałam kartek żywnościowych i żadnego dowodu. Miałam tylko legitymację szkolną.

Dostałam bardzo ładny pokój. Nad łóżkami zawieszony był obraz olejny "Odnalezienie Mojżesza przez córkę Faraona". Otrzymałam też kartki żywnościowe.Napisałam do znajomych Niemców, u których schowaliśmy nasze rzeczy i poprosiłam o przysłanie mi mundurka szkolnego, firan i narzuty na łóżko. Po jakimś czasie nadeszła oczekiwana paczka. Gdy pani Wanigman zobaczyła piękne firany, zapytała skąd je mam. Powiedziałam jej prawdę.

Pracę rozpoczynałam o szóstej rano. Szefowa wymagała, żeby mleczne zupy były gotowane na "odciąganym mleku". Przy dojeniu krów zatrudniona była pracownica wujka. Posyłałam Tereskę z garnkiem po pełne mleko. Jakoś nam się to udawało. Czasem przynosiła też śmietankę, która ubijałyśmy w nocy. Pewnej nocy, podczas ubijania śmietany, Teresa zobaczyła w oknie Wanigmana, który spacerował z psem. Bardzo się wystraszyłyśmy, gdyż nie wolno nam było używać pełnego mleka. Pełne mleko potrzebne było do wyżywienia żołnierzy Wermachtu. Powiedziała mi to pani Wanigman. Schowałyśmy garnek ze śmietaną pod łóżkiem. Usiadłam na łóżku i czytałam książkę. Do pokoju wszedł Wanigman, trzymając psa na smyczy. Pomyślałam: "Koniec z nami." Wanigman zapytał: "Was liest du?" Odpowiedziałam: "Ich lese ein schönes Buch, Herr Wanigman." Popatrzył na mnie i powiedział, że nie wolno nam czytać żadnych przepowiedni. Nie wiem dlaczego tak powiedział. Widocznie Niemcy bardzo bali się przepowiedni. A wracając do ubijanej śmietany. Wydaje mi się, że Wanigman wiedział co robiłyśmy. Nic nam jednak nie zrobił. A mnie i Teresce odechciało się przysmaków.

Pamiętam pewne zdarzenie, które utkwiło mi w pamięci. Maria Wanigmanowa zaprosiła państwa Pede, właścicieli dużego sąsiedniego majątku, którzy dobrze znali wujka i naszą sytuację. Moja pani była bardzo uprzejma dla gości i kazała mi ściągnąć z nóg pani Pede kalosze. Spojrzałam na panią Pede, której twarz oblała się rumieńcem, i usłyszałam: "Przepraszam." Zrobiłam, co mi kazano, a przeprosiny przyjęłam z uśmiechem.

Państwu Wanigman urodził się syn Hanz. Dziecko nie zaznało miłości rodzicielskiej. Opiekowałam się nim, gdy zaczynał chodzić. Hanz bardzo się do mnie przywiązał. Pewnego dnia, gdy był rozbierany przez matkę i szykowany do kąpieli, przybiegł do mnie i zarzucił mi rączki na szyję. Wanigmanowa odsunęła mnie od dziecka. Stosowała bezuczuciowy sposób wychowywania dzieci na przyszłych władców.

SAMOWOLKA

Pewnego dnia, bez uprzedzenia, zamieniłam się z Teresą na wolną niedzielę. W majątku Wanigmanów raz w roku miało miejsce świniobicie. Ta niedziela była akurat dniem pracującym dla Teresy. W następną niedzielę miała przyjść do mnie z Pyzdr moja mama. Pyzdry oddalone były o piętnaście kilometrów od mojego miejsca pracy. Zamieniłyśmy się, gdyż bardzo zależało mi na spotkaniu z mamą. Kiedy zamiast Teresy pracowałam przy obróbce mięsa usłyszałam: "Gdzie jest Teresa?" Opowiedziałam zgodnie z prawdą, że zamieniłyśmy się. Wydawało mi się, że wszystko jest w porządku.

Gdy za tydzień przyszła moja mama, bez pytania poszłam na spotkanie z nią. Po chwili przybiegła do nas Teresa. Była blada jak ściana. Krzyknęła do mnie: "Wracaj natychmiast! Maria jest na ciebie wściekła. Złości się i buntuje Karola przeciwko tobie." Przestraszyłam się. Pobiegłam natychmiast do domu. Otworzyłam drzwi do kuchni. Wanigman stanął w drzwiach prowadzących z korytarza. Walił pięścią w futrynę i wrzeszczał na całe gardło. Stanęłam jak wryta. Pomyślałam, że skopie mnie tak jak wcześniej sekretarkę. Bardzo się bałam. Szef wrzeszczał dziesięć minut, ale ręki na mnie nie podniósł. Kazał mi iść przed oblicze "jaśnie oświeconej", która rozłożyła się na kanapie i z drwiącym uśmiechem wpatrywała się we mnie. Powiedziała, że jeżeli jeszcze raz zrobię coś podobnego, zostanę skierowana do obozu koncentracyjnego. Wanigman podszedł do mnie i podał mi jakieś papiery. Powiedział, że mam je natychmiast zawieźć do sekretarza Bałzy, który mieszkał trzy kilometry dalej. Wsiadłam na rower i pojechałam. Kiedy sekretarz mnie zobaczył, pomyślał, że cała krew ze mnie ?uszła?. Zaprosił mnie na herbatę. Opowiedziałam mu całą historię. Zapytałam, co mam zrobić z tymi papierami. On się uśmiechnął i powiedział, że zostałam wysłana po to, żebym nie musiała słuchać tej wściekłej baby. Już nigdy więcej nie próbowałam być panią swojej woli.

Nadszedł listopad. Pewnego dnia, idąc z obiadem do biura, przechodziłam przez biuro Wanigmana. Kiedy wracałam, wręczył mi małą paczuszkę, na której było napisane: "Wanda masz dzisiaj urodziny." Podziękowałam i poszłam. Byłam zdumiona ludzkim odruchem Karola. Przecież w czasie wojny nikt nie pamiętał o urodzinach, czy imieninach.

Pewnego razu poprosiłam o wypożyczenie konia i powozu. Chciałam odwiedzić dziadka Wojdyńskiego. Wanigman zgodził się. Dał mi "kuczera" i ruszyłam w świat. Był już śnieg. Miałam pokonać 30 kilometrów. Byłam u dziadka dwa dni. Gdy wróciłam, koń zachorował. Na szczęście nie poniosłam żadnych konsekwencji.
Sekretarka, o której wspomniałam wcześniej, nie wróciła już do pracy. Na jej miejsce zatrudniono pana Nowaka. Po dwóch tygodniach został aresztowany i osadzony w obozie. Przeszukałyśmy jego rzeczy, znalazłyśmy adres i napisałyśmy do jego rodziny. Dowiedziałyśmy się, w jakim jest obozie. Nie pamiętam nazwy tej miejscowości. Przy pomocy bratanka mojej cioci, udało nam się wysłać paczkę do pana Nowaka.

Dzisiaj wiem co to jest obóz w Oświęcimiu. Wtedy jednak nie zdawałam sobie z tego sprawy. Wanigmanowa często nam mówiła, co czeka Polkę, która uległaby "wyższej rasie". Przytoczę tutaj pewne zdarzenie. Kiedyś w biurze pracował niemiecki rewident, który koniecznie chciał iść z nami wykąpać się. Odmówiłyśmy, śmiejąc się. Usłyszała to Wanigmanowa. Nie omieszkała nam przypomnieć, co mogłoby nam za to grozić.

ODWIEDZINY U PAŃSTWA PEDE

Obok naszego pokoju było duże pomieszczenie, w którym znajdowały się warzywa. Ogrodnik przygotowywał jarzyny na targ i potem sprzedawał mieszkańcom. Gdy obiad nam nie smakował, zajadałyśmy się marchewką.

Pewnego pięknego, letniego dnia, zostałam wydelegowana do zbierania malin. Pojechałam z panem Wanigmanem. Przez całą drogę wypytywał mnie o całą moją rodzinę i o to, skąd pochodzę. Nie powiedziałam mu o zamordowaniu dziadka Kowalskiego ani o tym, że mój tatuś został zgładzony przez hitlerowców. Dojechaliśmy do majątku państwa Pede. Okazało się, że maliny były już pozrywane. Gospodyni podała mi w altanie podwieczorek. Patrzyła na mnie z uśmiechem. Zaczęła ze mną bardzo miło rozmawiać w języku polskim.

Do naszej wsi doszła wiadomość, że niemiecka żandarmeria przygotowuje obławę w lasach znajdującymi się pomiędzy Pyzdrami a Tomicami. Była to odpowiedź na to, że zginął jeden z żandarmów. Prawdopodobnie został zabity przez polskich i rosyjskich partyzantów. Zamieszkałam z powrotem w swoim dawnym pokoju. Musiałam czuwać wieczorami przy telefonie. Pani Wanigmanowa wyjechała z dzieckiem. W tym czasie przestały przychodzić listy z frontu rosyjskiego, więc nie wiedzieliśmy gdzie przebywa.

Pewnego razu, późnym wieczorem, zostałam wezwana do pokoju pana Wanigmana. Miałam zrobić herbatę i przynieść mu ją. Byłam przerażona, ale rozkaz był rozkazem. Zaniosłam do pokoju Wanigmana herbatę i ciastka. Zaproponował, żebym usiadła przy stole. Oniemiałam. Podziękowałam i powiedziałam, że nie jestem głodna. Spytał: "Dlaczego jesteś taka uparta? Przecież nie zrobię ci krzywdy." Po chwili zapytał mnie: "Czy w innych okolicznościach mogłabyś mnie pokochać?" Odpowiedziałam: "To niemożliwe. Jestem tylko polską świnią. Pan jest Niemcem. Panem." Zamurowały go moje słowa. Usiadłam, wypiłam herbatę i zjadłam jedno ciastko. Kącikiem oka zauważyłam stróża, ojca Teresy. Poczułam się bezpiecznie. Po godzinie pozwolił mi wyjść. Odetchnęłam z ulgą. Wróciłam do pokoju. Teresa czekała na mnie i denerwowała się tak samo jak ja. Nie mogłyśmy zasnąć do rana. Rano, idąc po warzywa, przechodziłam przez biuro. Nagle podszedł do mnie Wanigman. Pocałował mnie w policzek i poprosił, żebym nikomu nie mówiła o całym zdarzeniu. Zaproponował mi zmianę pracy. Domyśliłam się, że chciał mnie gdzieś wywieźć, żeby mieć pole do popisu. Podziękowałam i powiedziałam, że jest mi tu dobrze. W ten sposób zakończyły się zaloty Wanigmana. Gdyby Maria Wanigman o tym wiedziała?

PROROCZY SEN

Był początek stycznia. Wieczorem zobaczyłyśmy łuny na niebie. Usłyszałyśmy huki. Ziemia drżała. Zastanawiałyśmy się, co to może być. Nie miałyśmy pojęcia o tym, co dzieje się na froncie.

A potem ten sen? Śniło mi się, że całą noc ściągam firany, pakuję porcelanę, zdejmuję obrazy. Do domu przychodzi listonosz i przynosi jakieś wezwanie. Wanigman, ubrany w mundur, wyjeżdża, a jestem w świetnym nastroju.
Rano budzę się jak nowo narodzona. Opowiedziałam Teresie swój sen. Po chwili do pokoju weszła Wanigmanowa. Spytała o czym mówię, więc powtórzyłam jej, co mi się śniło.

Godzina dziesiąta. Do naszego pokoju wchodzi Wanigman i pyta: "Wanda, czy ty jesteś czarownicą?" Spytałam: "A dlaczego?" A on na to: "Co ci się dzisiaj śniło?" Opowiadam swój sen kolejny już raz. Po chwili Wanigman ubiera mundur. Okazało się, że dostał wezwanie. Zaczynamy pakowanie. Ściągamy pościel, firany, pakujemy rzeczy, ubieramy dziecko. Po południu wszystko jest gotowe do drogi. Wanigman krzyczy i każe mi jechać z nimi. Stoję i płaczę. Wanigmanowa ratuje sytuację. Mówi do męża, że nie ma miejsca w powozie, gdyż jedzie z nią praktykant i dziecko. Odetchnęłam z ulgą. Kazali mi na wszystko uważać i pilnować dobytku. Powiedzieli, że wrócą. Mój sen okazał się proroczy.

Po południu przyjechał konno Niemiec w mundurze. Zapytał: "Gdzie jest Wanigman?" Odpowiedziałam, że wyjechał. Zdenerwowany opuścił podwórze. Nie wiedziałyśmy co się dzieje, i co mamy ze sobą zrobić. Ojciec Teresy zdecydował, że musimy tu zostać. Wieczorem przyjechało około 40 niemieckich żołnierzy. Kazali nam przygotować nocleg. Doszło do niemiłego incydentu. Jeden z oficerów zażądał ręczników. Powiedziałam, że wszystko zabrali ze sobą gospodarze. Krzyknął: "Daj mi swoje ręczniki!" Odmówiłam. Oficer wyciągnął broń i skierował lufę w moją stronę. Stojący obok żołnierz chwycił go za rękę. Wykorzystałam ten moment i uciekłam do pokoju. Za mną pobiegł młody żołnierz i zawołał: "Panienko, proszę zaczekać!" Stanęłam, a on zaczął rozpinać mundur. Pokazał mi łańcuszek i medalik Sodalicji Maryjańskiej. Poprosił nas o jakiś wolny pokój. Ulokowałyśmy go w sypialni sekretarza, która była wolna. Wczesnym rankiem dom opustoszał. Nie słyszałyśmy, kiedy wyjechali.

Około godziny dziesiątej nadjechały rosyjskie czołgi. Mróz siarczysty, wszędzie pełno śniegu. Wyszłyśmy przed dom. Gdy żołnierze zobaczyli przestraszoną młódkę, zaczęli krzyczeć: "Germanka!" Opuściłyśmy dom. Tylko dzięki mieszkańcom wioski, mogliśmy przejść spokojnie. Gdy przejechała cała kolumna żołnierzy, wróciliśmy po swoje rzeczy. Ja poszłam do kuzynki i u niej zamieszkałam. Po tygodniu przyjechała mama i zabrała mnie do Pyzdr. Tam kuzyn mamy wynajął wóz. Zapakowaliśmy nasz skromny dobytek i wyruszyliśmy do domu, oddalonego o 110 kilometrów. Po drodze mijaliśmy ludzi, którzy tak jak my wracali do domu. Dzięki temu, że jechali z nami brat i kuzyn, nie byliśmy narażeni na zaczepki żołnierzy rosyjskich.

ŻYCIE POWOJENNE

Wróciliśmy do domu. To, co zobaczyłam pamiętam do dziś. W naszym domu była rodzina niemiecka. W mieszkaniu nie było mebli, pościeli, naczyń kuchennych. Z inwentarza zostało tylko kilka sztuk bydła, świnie i kury. Byliśmy przerażeni. Pani Dymałowa zdecydowała się nam pomóc. Zaczęliśmy dorabiać się od początku. Było nam ciężko, ale świadomość, że jesteśmy na swoim, pomogła nam rozpocząć nowe życie. Zabraliśmy się uczciwie do pracy. Po kilku miesiącach dorobiliśmy się dwóch koni.

Nadeszła wiosna, więc rozpoczęły się prace rolne. Ja i brat pracowaliśmy na polu. Musiałam nauczyć się wielu nowych rzeczy. Orałam i bronowałam. Przeszłam prawdziwą szkołę życia. Razem z bratem obsialiśmy pole.
Powoli do naszej wioski zaczęli wracać sąsiedzi, którzy podobnie jak my, zostali wysiedleni. W 1947 roku zaczęli napływać repatrianci "zza Buga" i zajmować poniemieckie gospodarstwa.

Dla nas kułaków, to znaczy ludzi zaliczonych przez ustrój do burżuazji, był to bardzo trudny okres. Władza komunistyczna "tworzyła" tak zwane "trójki", które kontrolowały gospodarzy i zabierały zboże. Nam nie przysługiwały żadne ulgi. Matki nie otrzymywały wyprawek dla dzieci. Największym koszmarem był okres żniw. Gmina wyznaczała określony dzień na dostawę zboża, nie zważając na ulewne deszcze i brak sprzętu. Mieliśmy ustawione trzy stogi zboża. W Dziewierzewie mieszkał pan Kołodziej, który posiadał maszynę do młócenia zboża. Przywiózł nam maszynę i postawił koło stogów. Próbowaliśmy młócić, ale ulewny deszcz nie pozwalał dokończyć pracy. Minął termin dostawy zboża. Mama została wezwana do starostwa do Żnina. Posądzono ją o sabotaż. Wszystko zakończyło się na szczęście tylko karą pieniężną. Ale to znacznie uszczupliło nasz dorobek. Wiele osób, które nie wywiązywały się z terminowych dostaw, osadzonych zostało w kamieniołomach. Przy takiej pracy ludzie tracili zdrowie, a czasem też i życie. Brakowało rąk do pracy. Podczas żniw rodziny pomagały sobie nawzajem. To samo dotyczyło wykopów ziemniaków. Najbardziej gorącym okresem była jesień. Było bardzo dużo pracy. Czasami pomagali nam żołnierze. Mama gotowała, zajmowała się oporządzaniem inwentarza i jeszcze dodatkowo pomagała nam w pracach polowych.

KLUB SPORTOWY

Młodzież z naszej okolicy należała także do klubu sportowego, który wspólnie założyliśmy. Uprawialiśmy wiele dyscyplin sportowych: skoki, biegi, rzuty, a nawet boks. Często wyjeżdżaliśmy na zawody sportowe. Zdarzało się, że zajmowaliśmy pierwsze miejsca. Chciałabym tu wspomnieć o zawodach bokserskich. Zabrakło nam w drużynie zawodnika wagi ciężkiej. Nie wiedzieliśmy co zrobić. To było w niedzielę, więc ciężko nam było kogoś znaleźć. Po niedzielnej mszy wyznaczyliśmy Józka Dymałę, który nigdy nie trenował i nie miał pojęcia o walce. Pojechaliśmy autobusem na zawody. Gdy nasz bokser wagi ciężkiej wszedł na ring, jeden z jego konkurentów wycofał się. Podczas trzeciej walki zawodnik ze Żnina sfaulował Józka. On nie wytrzymał nerwowo, ruszył na ring i zaczął tarmosić przeciwnika. Na hali zawrzało. Kibice ze Żnina złapali za krzesła i rzucali na ring. Kapitan Sużytek chcąc ratować Józia krzyknął, żeby wyskoczył przez okno. Za nim ruszyła banda rozwścieczonych kibiców. Wskoczyliśmy do autobusu i ruszyliśmy do Dziewierzewa. Za miastem spotkaliśmy naszego uciekiniera. To są naprawdę bardzo miłe wspomnienia.

Śpiewaliśmy też w chórze kościelnym i świeckim. Chór prowadził pan Robaszkiewicz. Ćwiczyliśmy codziennie, po przyjściu z pracy do późnego wieczora. Na każde święta przygotowywaliśmy inne pieśni. Po próbach, przy akompaniamencie pianina i skrzypiec, urządzaliśmy tzw. toletka, czyli potańcówki. Bardzo lubiłam tańczyć. Bawiliśmy się, tańcząc każdy z każdym. Tak wtedy było. Można było w ten sposób poznać wielu ciekawych ludzi. Dzisiaj jest inaczej. Kiedy chłopak z dziewczyną przychodzą na zabawę, to bawią się tylko ze sobą.

W NARZECZEŃSTWIE

Do najbardziej wytrwałych adoratorów zaliczyć mogę Edmunda Czarneckiego. Był synem zaprzyjaźnionej rodziny mojego ojca. Mama była bardzo zadowolona z tego, że się spotykamy. Często zamienialiśmy się pracą, gdyż nasze pola dzielił tylko głęboki rów. On kosił koniczynę, a ja męczyłam się przy rozrzucaniu mierzwy. Była to ciężka praca, ale ziemi nie można było oszukać. Zamieniliśmy się. Ja zaczęłam kosić koniczynę, a on zajął się moją robotą. Nagle przyszedł mój przyszły teść. Zdębiałam. Zaproponował, żebym obniżyła kosę. Zrobiłam to. Ale po chwili powiedział, że trzeba ją jednak podwyższyć. Chciał widocznie sprawdzić, czy daje sobie radę i potrafię posługiwać się kosą.

Często spotykaliśmy się wieczorami w gronie młodzieży. Cały dzień pracowaliśmy w polu. Wieczorem zbierała się cała młodzież z wioski. Zaczęliśmy organizować prywatki z tańcami. Kolega Heniu Szyperski starał się o względy mojej sąsiadki. Dlatego też Edmund i Henryk szli zawsze w jednym kierunku. Z Mińska Mazowieckiego przyjeżdżał jeszcze Janusz Kazikowski, z którym utrzymywałam stały kontakt poprzez korespondencję.

Zaczęłam przychodzić do domu moich przyszłych teściów. Pewnego dnia siostra Edmunda, Irena, zaprosiła mnie na kawę. Przedstawiła mi swojego narzeczonego Edmunda Budzyńskiego. Byłam zaskoczona, kiedy narzeczony Ireny przekazał mi pozdrowienia od Władzia Jeżaka, który był wnuczkiem państwa Kowalczyków. Państwo Kowalczykowie, jak wspomniałam wcześniej, przyjęli nas pod swój dach w czasie wojny. Edmund, narzeczony Irki, opowiadał o tym, że Władziu był we mnie bardzo zakochany. Byłam tym wyznaniem bardzo zaskoczona. Edmund i Władziu spotkali się po wojnie w wojsku.

W czasie mojego narzeczeństwa z Edmundem byliśmy w Poznaniu na sztuce "Judasz i Skarjet". Główną rolę w przedstawieniu grał Solski, bardzo ceniony aktor. Kiedy wracaliśmy pociągiem do domu, Irka zauważyła narzeczonego swojej siostry Wandy, Józka Dudka. On, jeniec wojenny, ubrany w uniform wojskowy, przedostał się do Szwajcarii. Teraz wracał do domu. Ile radości było z tego spotkania! Wanda, siostra Irki i mojego Edmunda, zaręczyła się z Józkiem jeszcze przed wojną.

W 1947 roku odbyło się huczne wesele Wandy i Józka. Ja również byłam zaproszona. Mama kupiła mi, specjalnie na tę okazję, bardzo ładną sukienkę. Wśród zaproszonych gości była też siostra mojej przyszłej teściowej. Patrzyła na mnie, szczupłą, drobną istotę i powiedziała, że ja nie nadaję się na przyszłą gospodynię. Stwierdziła dobitnie: ?Za licha!? Potem, gdy przyjeżdżała do nas w odwiedziny, szybko zmieniła zdanie. Często też wspominała swoje pierwsze wrażenie. Okazała się naprawdę bardzo miłą osobą.
Edziu Budzyński, po ukończeniu studiów na wydziale leśnym, wziął ślub z Ireną, siostrą Edmunda. Było to w 1948 roku.

I ŚLUBUJĘ CI...

5 stycznia 1949 roku o godzinie 11.00 w kościele parafialnym w Dziewierzewie wzięliśmy ślub. Asystowało nam 80-ciu gości. Był piękny, słoneczny dzień. Drzewa okrywała szadź. I chociaż było to zimą, temperatura pozwalała na robienie zdjęć przed domem. Część przygotowań do uczty weselnej była na naszej głowie. Kucharka przygotowywała potrawy mięsne. Serwowała dwa dania obiadowe o godzinie 13.00, i jeden ciepły posiłek o godzinie 21.00. Dzięki swoim znajomościom, mój przyszły małżonek dostarczył nam czekolady i bakalie, które w tamtym okresie były niedostępne. Te produkty dostawały z UNNRY rodziny robotnicze. Byłam bardzo zmęczona przygotowaniami do wesela, dlatego w dniu ślubu nie miałam już ochoty na żadne smakołyki. Po weselu rodzina zajęła się przygotowywaniem łoża, a ja drzemałam w fotelu. Dom opustoszał.

W niedzielę rano poszliśmy do kościoła na uroczystość Trzech Króli. Potem zajęłyśmy się z mamą sprzątaniem i przygotowywaniem poprawin. Mój świeżo upieczony małżonek, który posiadał bardzo celne oko, za moim pozwoleniem, pojechał na polowanie do pobliskiego lasu. O godzinie 10.00 przywieźli go koledzy. Jeden z myśliwych strzelając do zająca tak niefortunnie ustawił broń, że rykoszet trafił w oko Edmunda. O godzinie 11.00 pojechaliśmy z męża siostrą do szpitala do Poznania. Mąż bardzo cierpiał. W szpitalu prześwietlono mu oko. Okazało się, że trzeba je usunąć. I w taki sposób kilkakrotny król polowań musiał zrezygnować ze swojego hobby. Musieliśmy się pogodzić z zaistniałą sytuacją. Mąż był bardzo dzielny i na szczęście wytrzymały na ból.

W październiku 1949 roku, po ośmiu dniach cierpienia, urodziłam syna Lecha Romana. Poród był bardzo ciężki, gdyż dziecko owinięte było pępowiną. Przy porodzie asystowała akuszerka oraz moja teściowa i Kazia, które odmawiały różaniec. Co kilka godzin serwowano mi zastrzyki, gdyż bóle porodowe ustawały. Na świat przyszło czterokilowe, niebieskookie dzieciątko. Po kilku dniach musiałam zostać z synem sama w domu. Była jesień i w polu było dużo do zrobienia. Mama i brat cały czas pracowali na roli.

Gdy Leszek miał sześć miesięcy, został zarażony przez córkę sąsiadki i zachorował na koklusz. Przez trzy miesiące przeżywaliśmy prawdziwy koszmar. Dziecko sztywniało nam na rękach. Zwracało to, co wypiło. W tym czasie zaszłam w ciążę po raz drugi. Przez cały czas pracowałam z mamą i bratem w polu. Gdy moja sąsiadka urodziła córkę, pomyślałam, że nadszedł czas wizyty u akuszerki, która asystowała przy narodzinach Lecha. Chciałam poznać termin porodu. Pojechaliśmy wozem, chcieliśmy bowiem przy okazji przywieźć opał. Akuszerka zbadała mnie i powiedziała, że powinnam urodzić dziecko za tydzień. W drodze powrotnej przeżyliśmy horror. Trzęsło niesamowicie. Chwilami musiałam iść obok wozu, gdyż nie dało się na nim wysiedzieć. Był zmierzch, gdy wróciliśmy do domu. Z pola wrócili mama i brat. Trzeba było jeszcze oporządzić zwierzęta. Mama powiedziała, że pójdziemy razem wydoić krowy. Brat, gdy zobaczył, że jestem wykończona, kazał mi natychmiast iść do łóżka. O godzinie 22.00 rozpoczęły się bóle porodowe. Mąż pojechał po akuszerkę. Całą noc trwały bóle. 11 listopada o godzinie 11.00 przyszła na świat córeczka Elżbietka, śliczna, śniada, skośnooka. Byłam zmęczona, ale bardzo szczęśliwa.
Gdy dziecko miało dwa tygodnie urządziliśmy chrzciny. Rodzicami chrzestnymi Elżbietki zostali mój brat i koleżanka Stenia Kmieć.

Dzieci rosły i wspaniale się rozwijały, chociaż nie miałam dla nich zbyt dużo czasu. Cały czas w gospodarstwie było dużo pracy. Miały swój kojec, w którym przebywały, kiedy my musieliśmy pracować. Do południa zajmowała się nimi mama, która była w domu. Tylko zimą mogłam poświęcić im więcej czasu. Gdy były już większe, zabieraliśmy je ze sobą na pole. Uczyły się pracy od najmłodszych lat swojego życia. To były ciężkie czasy stalinowskie.

Przez trzy pierwsze lata naszego małżeństwa mieszkaliśmy w moim rodzinnym domu. Mój mąż pomagał swojemu ojcu w pracach gospodarczych. Brat męża, Brunon, cierpiał na niedowład kręgosłupa, spowodowany przez ukłucie sztyletu, gdy był w niewoli. Po śmierci Brunona zamieszkaliśmy w gospodarstwie rodziny męża. Było to w 1953 roku. Mojej mamie było przykro i najchętniej zatrzymałaby nas w domu rodzinnym. Dzieci tęskniły za babcią Zofią, która była im bardzo bliska. Nie mogły przyzwyczaić się do babci Konstancji i dziadka Bernarda.

LESZEK I LUSIA

Leszek i Lusia byli jak papużki nierozłączki. Wszędzie chodzili razem i byli bardzo zgodnym rodzeństwem. Gdy Lusia dostawała cukierki, dzieliła je tak, żeby zostało dla babci Zosi. Kilka razy zdarzyło się, że same "wypuszczały się w pole". Chciały dojść do babci Zosi.

Dzieci bardzo się bały mojego teścia. Zazwyczaj brałam je na górę, żeby mogły trochę pobaraszkować.
Cały czas musiałam pracować. O siódmej rano konie czekały już przed domem. Moim zadaniem było uprawa roli, bronowanie i pomoc przy siewie. Edmund rozsiewał na polach sztuczny nawóz. Była to bardzo ciężka praca. Na ramieniu zawieszony był pojemnik, do którego trzeba było nasypać nawóz z wozu konnego. Wszystkie prace w tamtym okresie wykonywało się ręcznie. Sadzenie ziemniaków, wywożenie obornika. Przy żniwach posługiwaliśmy się snopowiązałką. Przygotowane snopy trzeba było szybko ustawić w kopy, żeby w razie czego nie zmokły podczas deszczu. Mieliśmy trzydzieści hektarów ziemi i spory inwentarz. Trzeba było zabezpieczyć odpowiednie ilości paszy, roślin okopowych i siana. A do tego wieczna walka z pogodą i czasem. Najgorzej było, kiedy musieliśmy odstawić określone ilości mleka, ziemniaków. Otrzymywaliśmy za to minimalną zapłatę, która nie wystarczała na pokrycie kosztów robocizny i uprawy. Na naszym terenie została utworzona spółdzielnia, która "wchłonęła" wielu mniejszych gospodarzy. Mój mąż nawiązał kontakt z dyrekcją domu poprawczego w Kcyni. Dzięki tej współpracy chłopaki z "poprawczaka" przyjeżdżali do zbierania ziemniaków i pomocy przy omłotach. Pewnej niedzieli udało nam się pożyczyć maszynę do omłotów. Bardzo się z tego cieszyliśmy. Ja byłam przy snopach na stogu. Dawałam sobie doskonale radę, chociaż snopy były bardzo ciężkie. W późniejszym okresie dorobiliśmy własnej młocarni. Zboża były składowane w stodole i mogliśmy to robić zimą. Mój teść hodował konie. Miał kilka pięknych okazów. Pole było podzielone na pięciohektarowe kawałki. Moim przedpołudniowym zadaniem było bronowanie. Teściowa gotowała obiady, a ja zajmowałam się typowymi męskimi pracami. Zresztą teściowie byli już po osiemdziesiątce i nie można było liczyć na pomoc z ich strony w cięższych pracach. Gdy przyszłam z pola, mogłam zająć się obowiązkami w domu. Wtedy dopiero robiłam pranie i inne prace domowe. Do prania służyła tarka. Wodę trzeba było nosić ze studni.

Najgorzej było jesienią. Trzeba było obcinać liście z buraków cukrowych. Mój mąż był w tym mistrzem. Do pomocy przychodzili sąsiedzi. Po kilku latach dorobiliśmy się traktora i awansowałam na traktorzystkę. Pracowaliśmy z mężem na zmianę, nieraz do późnej nocy. Orka, bronowanie, potem siew. Edmund prowadził oborę zarodową. Dojenie krów, odnoszenie mleka do mleczarni, która graniczyła z naszą oborą. Nie mieliśmy chwili odpoczynku. Ale zawzięliśmy się i postanowiliśmy przetrwać te ciężkie czasy.

Pomagała nam rodzina Wąsickich, którzy rzekomo byli spokrewnieni z rodziną teściowej. Państwo Wąsiccy mieli trzech synów, którzy służyli nam pomocą. Jeden z nich był u nas na stałe.

Zwierzęta były zawsze w dobrej kondycji. Edmund bardzo się starał i dbał o inwentarz. Został nawet nagrodzony medalem za osiągnięcia w hodowli krów. W czerwcu 1956 roku mój brat Zygmunt poślubił Eugenię Jarecką. Dzięki temu mama miała pomoc w gospodarstwie.

W okresie rządów Bieruta byliśmy przez cały czas szykanowani. Był to rok 1956. Na bramie wjazdowej było napisane "kułak". Nikt nie był pewien, czy podoła wszystkim obciążeniom, którym podlegały gospodarstwa indywidualne.

JEDNO CZY DWOJE?

W marcu 1957 urodził nam się syn Marek Ryszard. Dwa tygodnie przed porodem zachorował mój teść. Przed wyjazdem do szpitala w Nakle pożegnałam się z teściem. Zrobiłam to niechętnie, gdyż był on człowiekiem bardzo wymagającym. Nie był natomiast wyrozumiały. Praca w domu nie była dla niego priorytetem. Uważał, że ja nadaję się tylko do roboty w polu. Podczas naszego pożegnania powiedział do mnie: "Wybacz mi Wandziu." Popłakałam się i pojechałam do mamy. Jeden dzień spędziłam u kuzynki Sabiny, a stamtąd odwieziono mnie karetką do szpitala. Tam cała noc i cały dzień. Trzy zmiany położnych. Udało mi się w końcu wyprosić zastrzyk i po 20 minutach przyszedł na świat Marek. Został nazwany "proboszczem", gdyż był okazałym i silnym dzieckiem. Po dwóch tygodniach wróciłam do domu mojej kuzynki. Ona chciała zrobić Edmundowi niespodziankę i położyła obok Marka dużą lalkę. Mąż bardzo się przestraszył, kiedy zobaczył dwojaczki. Dopiero po chwili zorientował się, że to drugie dziecko się nie rusza. Śmialiśmy się wszyscy z tego żartu. Zanim wyjechaliśmy, mąż przekazał smutną wiadomość. Mój teść zmarł dzień po urodzinach Marka. Teściowa zdążyła przekazać mu jeszcze tę radosną nowinę. Pomyślałam: "Dobrze, że zdążyłam się pożegnać i przebaczyć." W taki sposób "straszny dziadunio" ustąpił miejsca nowemu wnukowi.

Rozpoczął się nowy rozdział mojego życia. Kilka dni po powrocie ze szpitala przeleżałam w domu, gdyż podczas trzeciej ciąży zachorowałam na zapalenie żył prawej nogi. Upadłam przy kładzeniu liści na wozy. Noga była w purpurowej sieci. Okropny, piekący ból, nie pozwalał normalnie funkcjonować. Gdy pokazałam nogę Wandzi, siostrze Edmunda, była przerażona. Podejrzewała chorobę Bergera. Mąż Wandy postarał się o odpowiedni lek ze Szwajcarii, który niestety nie pomógł. Wanda zaniosła mój mocz do "naturalisty". Po zbadaniu zapisał okłady z gliny łączonej wodą z octem. Gdy byłam w szpitalu, poddawano mnie różnym masażom. Nie pomogły jednak. Kiedy już wróciłam z synkiem do domu, przyszła moja dzielna mama i pomagała robić okłady z gliny. Kładziono glinę na płótno i owijano mi całą nogę. Po pięciu dniach żyły zaczęły blednieć i martwica ustąpiła. Mogłam nareszcie zająć się dzieckiem. Pomagała mi w tym sześcioletnia córeczka Lusia. Była dziewczynką bardzo wrażliwą i uczuciową. Dzięki pomocy moich maluchów mogłam bez problemu podołać wszystkim obowiązkom. Kiedy Marek miał cztery miesiące, starsze dzieci zachorowały na odrę. Oczywiście zaraziły też Marka, gdyż przebywały w jednym pokoju. Dzięki pomocy lekarza szybko wróciły do zdrowia.

TROSKI I RADOŚCI DNIA CODZIENNEGO

Marek był bardzo spokojnym dzieckiem. Karmiłam go co trzy godziny i zajmowałam się głównie kuchnią. Tak było przez sześć miesięcy. Sama opiekowałam się dzieckiem, gdyż teściowa pojechała do Wandy do Bydgoszczy.


Podczas wakacji odwiedziła nas Irka, siostra Zygmunta z dziećmi. Dziewczynki miały niezłą zabawę wożąc Mareczka w wózku. Od tego czasu bardzo się zmienił. Odzwyczaił się od samotności i domagał się towarzystwa. Kiedy teściowa wróciła, poświęcała mu dużo czasu. Wieczorem zasypiałam prędzej niż on.

Leszek chodził już do pierwszej klasy, a Lusia pomagała mi w obowiązkach przy małym. Kiedy Lusia poszła do szkoły, było mi już dużo trudniej. Poświęcała czas Markowi po przyjściu ze szkoły. Była bardzo odpowiedzialną opiekunką młodszego braciszka. Kiedy Marek podrósł, mógł bawić się w kojcu. Babcia zajmowała się dokańczaniem obiadów, a ja pracowałam na polu. Kilka razy w roku zabijaliśmy cielaka lub świnię. Potem przez kilka dni i nocy zajmowałam się przerabianiem mięsa. Potrzeby były duże, gdyż spółdzielnia się rozwijała i przy pracach pomagało nam wielu ludzi. Zdarzało się, że podczas żniw szykowałam stół dla 30 osób. Śniadanie było na polu, obiad w domu, podwieczorek na polu i kolacja w domu. Pracujące matki przychodziły z dziećmi.

Odskocznią od codziennych problemów i pracy na roli była dla mnie praca w ogrodzie. Ogród stał się moją prawdziwą pasją. Oczywiście nie stroniłam od swoich obowiązków, gdyż one były najważniejsze. Żniwa, przerywki buraków, wykopki ziemniaków. Ziemniaki przygotowywaliśmy na eksport. Musieliśmy je przebrać, pakować do specjalnych skrzyń. Można było na tym zarobić, ale wiązało się to z zatrudnieniem dodatkowych osób, a tym samym przygotowywaniem pięciu posiłków dziennie dla pracowników. Obiady przygotowywałam wieczorami. Teściowa pomagała tyle, ile mogła, ale była już w podeszłym wieku i niewiele mogła zrobić.

Kiedy kupiliśmy kombajn, wszystko stało się prostsze. Składałam pieniądze, żeby móc wreszcie kupić serwis obiadowy na osiemnaście osób. Zamówiłam zastawę w fabryce porcelany. Od mamy dostałam piękny serwis do kawy. Zawsze, kiedy byliśmy zapraszani na wesela, kupowałam nowożeńcom coś z porcelany. Robiąc zakupy nie mogłam się oprzeć i dodatkowo kupowałam coś dla siebie.

ARTYSTYCZNA DUSZA

Leszek rozpoczął naukę w szkole podstawowej w Dziewierzewie. Rok później do szkoły poszła Lusia. Kiedy dzieci chodziły do szkoły podstawowej, piastowałam urząd sekretarza w komitecie rodzicielskim. Nasz komitet bardzo prężnie działał. Założyliśmy kółko aktorskie i daliśmy kilka przedstawień teatralnych nie tylko na terenie naszej wioski, ale w kilku pobliskich miejscowościach. Pieniądze, które udało nam się zdobyć, przeznaczyliśmy na zakup ogrodzenia wokół szkoły. Wystawiliśmy sztuki: "Gwałtu, co się dzieje!", "Podróże miłości", "Ułan i huzary" i "Porwana za młodu". Stroje przygotowywaliśmy sami. Raz tylko wypożyczyliśmy je z teatru bydgoskiego. Reżyserem naszych przedstawień była pani Dróbko, nauczycielka pracująca w szkole. Była wspaniałym pedagogiem.
Oprócz tego udało nam się utworzyć chór świecki i kościelny. W tym czasie w naszej parafii była zakonnica, która potrafiła grać na organach. Zmobilizowała nas do pracy. W chórze spotkali się ludzie w różnym wieku. Na każdą uroczystość kościelną przygotowywaliśmy nowe pieśni. W domach oprócz radia nie mieliśmy żadnych rozrywek, tylko ciężka praca. Dlatego tak bardzo lubiłam próby teatralne, jak i próby śpiewu. Zaczynaliśmy zwykle po pracy, a kończyliśmy często po północy.

Pamiętam incydent związany z moją działalnością artystyczną. Wracałam z koleżanką do domu. Chciałam wejść, ale mieszkanie niestety było zamknięte. Zastanawiałam się, jak mam się dostać do środka. Zaczęłyśmy śpiewać serenady pod oknem sypialni. Nic nie dało. Znalazłam drabinę, która miała jednak dwa wyłamane szczebelki. Przystawiłam ją do balkonu sypialni. Poprosiłam koleżankę Krysię, żeby weszła pierwsza, gdyż była lżejsza ode mnie. Potem na balkon wdrapałam się ja. Zaczęłyśmy pukać do drzwi balkonowych, gdyż okazało się, że one również są zamknięte. Po chwili usłyszałyśmy kroki. Okazało się, że nasze pukanie usłyszała moja kochana córeczka. Zlitowała się, podeszła do drzwi i otworzyła je. Weszłyśmy do domu i w tym momencie usłyszałyśmy jazgotliwy głos Klary: "Dlaczego pani szwenda się po nocy, zamiast spać." Śmiałyśmy się z Krysią do rozpuku. Następnego dnia rano mój małżonek powiedział do mnie: "Muszę dać na mszę świętą w intencji twojego opamiętania się." Przyjęłam to do wiadomości, ale w dalszym ciągu chodziłam na próby, żeby nie robić przykrości siostrze Dominicjanie.

WYJAZD DO ANGLII

Kiedy Elżbieta była na pierwszym roku studiów, wyjechałam do Anglii. Zostałam zaproszona przez wujka Tadeusza, brata mojej mamy. Wujek opuścił Polskę w 1939 roku wraz z wojskiem. Przedostał się przez granicę do Rumunii. Wraz z kolegą wrócił do Polski, żeby sprawdzić jak wygląda sytuacja. W kraju zostali złapani przez NKWD. Związano im ręce kolczastym drutem i kazano wsiąść na platformę. Jechali drogą przez las. Trzęsło niesamowicie. W pewnej chwili żołnierze zepchnęli pilnującego ich strażnika i pojechali dalej. Potem sami wyskoczyli z platformy na drogę i biegli przez las. Zatrzymali się, gdy zobaczyli chałupę. Zaczęli nogami pukać do drzwi. Otworzył im stary, siwy człowiek. Poprosili go o przecięcie druta, który kaleczył im ręce. Człowiek spełnił ich prośbę, ale prosił o zachowanie spokoju. Powiedział, że w domu jest jego wnuk, który może ich zdradzić. Żołnierze wrócili do "swoich", którzy czekali na nich w Rumunii, i zdali relację z tego, co się dzieje w kraju. Polscy żołnierze nie wrócili już do kraju, chociaż Niemcy nawoływali do powrotu, gwarantując nietykalność.

Z opowiadań wujka wynikało, że drogę do Francji przebył przyczepiony do spodu pociągu. Nie wiem, jak wyglądała jego dalsza tułaczka. W każdym razie dotarł do Anglii. Tam zaciągnął się do wojska i brał udział w działaniach wojennych. Tam również poznał swoją przyszłą żonę Dorotę. Po wojnie wzięli ślub. Podczas wojny przysyłał swojej mamie, a mojej babci Wiktorii Kowalskiej, paczki z Anglii. Dzięki temu i mi się zawsze coś dostało. Bardzo się cieszyliśmy, że żyje i że mamy z nim stały kontakt. Kiedyś pochwaliłam się niemieckiej gospodyni, że mam słodycze od wujka pilota, który przebywa w Anglii. Byłam bardzo nieostrożna, ale rozpierała mnie duma, że ktoś z mojej rodziny walczy za granicą o naszą wolność.

Po wojnie wujek dwa razy przyjeżdżał do Polski. Podczas jego wizyt odwiedzali nas funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. Pamiętam, że wujek potraktował ich dosyć szorstko, ale na szczęście dali mu spokój.

W Anglii byłam trzy tygodnie. Podczas pobytu w Londynie zatrzymaliśmy się na śniadanie i zwiedzanie miasta. Chodziłam w towarzystwie wujka, cioci Doroty i kuzynek Wandy i Basi. Potem pojechaliśmy luksusowym pociągiem do Stadfordshire, gdzie mieszkał wujek z rodziną. Ich dom otoczony był dużym ogrodem. Przed budynkiem zobaczyłam pięknie strzyżone trawniki, krzaki azalii, pnące róże i kwitnące piwonie. Na drzwiach wejściowych znajdował się witraż. W domu elektryczny kominek, wspaniałe miękkie fotele. Za domem duży ogród. Okazało się, że w Anglii tylko Polacy hodują warzywa. W ten sposób można było rozpoznać ich domy. Na końcu ogrodu był warsztat. Wujek miał tam wszystko, co było związane z elektrycznością. Wykonywał dla miasta wiele prac elektrycznych. Pracował w zakładach wojskowych, ciocia Dorota w hotelu, a ich córki uczyły się w londyńskim collegu. Wujek gotował dla wszystkich obiady. Jeździliśmy razem dość daleko po żytni chleb, kiszone ogórki, kapustę i golonkę. Chleb, który jedzą Anglicy, to puszysta biała gąbka. Dlatego też nie dziwiło mnie, że wujek jeździ tak daleko po żytni chleb.
Byłam zachwycona parkami, które tam widziałam. Obsadzone były wielobarwnymi rododendronami. Obok parku znajdowały się ruiny zamku. W jednej jego części była herbaciarnia. Zgłodniałam już, ale wujek powiedział, że wypijemy tu herbatę, ale jeść będziemy w domu. Był bardzo oszczędny. Po jego śmierci okazało się, że zostawił rodzinie spory majątek. Ciocia Dorota zaliczona została do najbogatszych obywateli miasta. Wujek wyjechał z Polski w postrzępionym mundurze, a zostawił żonie duży spadek.

Bardzo podobał mi się również kościół anglikański. Byłam w nim w czasie uroczystości ślubnej. Ceremonia bardzo mi się podobała. Podczas uroczystości grała na organach moja kuzynka Basia. Wujek zawiózł nas też do kościoła rzymsko-katolickiego. Nie wiem, czy wujek wyznawał naszą wiarę. Wiem tylko, że jego żona i córki należały do kościoła anglikańskiego. Po śmierci wujka nasz kontakt się urwał. Myślę, że zawiniła w dużej mierze bariera językowa, chociaż moje kuzynki znały trochę język polski.

MOJE DZIECI

W 1964 roku Leszek zdał egzamin do Technikum Rolniczego w Samostrzelu, a w 1965 Elżbieta rozpoczęła naukę w gimnazjum w Nakle. Mieszkali w internacie. W każdą niedzielę odwiedzaliśmy dzieci z "pieczystym", ponieważ tylko raz na miesiąc przyjeżdżały do domu. Po ukończeniu szkoły średniej Leszek zdał egzamin do Wyższej Szkoły Rolniczej w Bydgoszczy. Kiedy był na drugim roku, zrezygnował z dalszej nauki. Wrócił do domu i zaczął pomagać w gospodarstwie. Przyczyną rezygnacji było to, że kuzyn oblał egzamin. A zawsze i wszędzie byli razem. Nazywaliśmy ich Czarny Leszek i Biały Stefan. Jeden bez drugiego nie mógł żyć. Byli jak bracia bliźniacy.

Elżbieta ukończyła studia na wydziale leśnym w Poznaniu. Pod koniec studiów poślubiła Jerzego Młodkowskiego, kolegę z tego samego wydziału. Ceremonia ślubna odbyła się 5 stycznia 1973 roku w kościele akademickim, a przyjęcie weselne w Naramowicach w kombinacie ogrodniczym. Wspaniała sala, świetne menu, dużo gości z obu stron. Po uroczystości weselnej rodzina zięcia złożyła nam wizytę w Dziewierzewie. Moja mama bardzo się ucieszyła, gdyż Elżbietka była jej oczkiem w głowie. Zawsze powtarzała, że ma bardzo dobrą wnuczkę. Elżbietka, kiedy tylko mogła, opiekowała się babcią. Mama nie mogła uczestniczyć w uroczystości weselnej, gdyż była już schorowana i miała problemy z poruszaniem się.

Leszek ożenił się z Danutą Szyperską. Ich ślub odbył się 23 lipca 1977 roku. Żona mojego syna jest córką mojej przyjaciółki. Po ślubie zamieszkali w Dziewierzewie. Mają trzy córki i syna. Leszek prowadzi gospodarstwo odziedziczone po dziadku. Zajmuje się hodowlą gęsi. Danusia całe życie pracowała jako nauczycielka. Obecnie jest na emeryturze, chociaż jeszcze uczy dzieci, dojeżdżając do trzech miejscowości.

Natomiast Marek, mój najmłodszy syn, ożenił się 30 czerwca 1984 roku. Jego wybranką została Renata Hełminiak. Marek przejął ojcowiznę i opiekuje się gospodarką. Prowadzi firmę Lechpol, która zajmuje się sprzedażą i kupnem nawozów sztucznych. Wybudował silosy i skupuje zboże, które później dostarcza do pobliskich miejscowości. Oprócz majątku, który był w posiadaniu naszej rodziny, kupił jeszcze dwa inne. Gospodarstwo prężnie się rozwija, syn ma wszystko zmechanizowane. Jest dobrym gospodarzem.

OGRÓD - MOJA WIELKA MIŁOŚĆ

Muszę w tym momencie wspomnieć, że pomimo nawału pracy, miałam zawsze zagospodarowany ogród. Interesowałam się tym od najmłodszych lat.


O każdej porze roku mój ogród tonął w powodzi przeróżnych gatunków kwiatów. Uprawiałam również warzywa. W tym czasie należałam do Koła Gospodyń Wiejskich, które założyła pani Nieć. Była zresztą przewodniczącą koła. W konkursie "Więcej warzyw i kwiatów", organizowanym w 1974 roku, zdobyłam dyplom i pierwsze miejsce w gminie. W tym samym roku zdobyłam uznanie za moje przetwory warzywne, które wyeksponowane były na pokazie powiatowym w Żninie. Kosztowało to trochę pracy, ale miło było otrzymać pierwszą nagrodę. To przyczyniło się do odznaczenia wojewódzkiego, które otrzymałam 15 września 1974 roku. Miałam ze sobą przezrocza, które pokazywały kwitnące kwiaty podczas poszczególnych pór roku. Przyznam się, że pobiłam wszystkie rywalki.


Praca w ogrodzie stanowiła dla mnie odskocznię od codziennych problemów i pracy na roli. Oczywiście, nie stroniłam od swoich obowiązków, gdyż one były najważniejsze.

I tak zostało do dzisiaj. Ogród to moja wielka miłość i pasja. Pierwszą różę wyhodowałam, chociaż wstyd się w tej chwili przyznać, dzięki kradzieży. Pewnego dnia, gdy byłam jeszcze dzieckiem, przechodziłam koło jakiegoś gospodarstwa. Zza płotu wystawała piękna róża. Nie mogłam się powstrzymać i ukradłam "szczepkę". I tak to właśnie się zaczęło. Oprócz pięknych kwiatów hoduję także warzywa. Mogę się pochwalić, że udało mi się wyhodować kalafior, który ważył ponad dwa kilogramy. Wszyscy mówią, że na punkcie ogrodu mam "hopla". A ja uważam, że do tego trzeba mieć serce. Dla mnie każda chwila spędzona w ogrodzie to wielka przyjemność i wspaniały dar. Oprócz ogrodu mam również oranżerię, w której kwiaty kwitną cały rok. Dzięki niej mogę przez wszystkie pory roku zajmować się tym, co kocham najbardziej.

Dzisiaj każda gospodyni może iść do sklepu i kupić to, co jest jej w domu potrzebne. Dla mnie to żadna atrakcja. Sama lubię coś wyhodować i mieć na wyciągnięcie ręki. Zresztą, trzeba mieć do tego serce. Patrzeć jak rośnie, od ziarnka do owocu. To mnie bardzo cieszy. Jesienią zawsze kopię ogród i nawożę. A wiosną wszystko zaczyna się od początku.

WNUKI I PRAWNUKI

Radością mojego życia są moje wnuki i prawnuczki. Mam ich pokaźną gromadkę. Leszek i Danusia mają czworo dzieci - trzy córki i syna. Ich najstarsza córka Adrianna urodziła się 29 czerwca 1978. Potem, 12 czerwca 1980 roku, na świat przyszedł Patryk. 11 maja 1984 roku urodziła się Kasia, a cztery lata później, 11 lipca 1988, na świat przyszła Bogna.

Moja córka Elżbieta mieszka z mężem w Oleśnie. Mają sześcioro dzieci - trzy córki i trzech synów. Najstarsza jest Ania, która urodziła się 30 stycznia 1974 roku. Półtora roku później, 7 czerwca 1975 roku, na świat przyszedł mój wnuk Paweł. 14 grudnia 1976 roku urodziła się Agnieszka, a cztery lata później, 2 czerwca 1980 roku, na świat przyszedł Marcin. Marek urodził się 18 maja 1983 roku, a 9 marca 1986 roku przyszła na świat Zosia, najmłodsza córka Eli i Jerzego.

Marek i Renata mają dwie córki i syna. Ich najstarsza córka, Martyna, przyszła na świat 23 sierpnia 1985 roku. Po trzech latach, 30 lipca 1988 roku, urodziła się Daria. 19 stycznia 1994 roku przyszedł na świat Jakub, mój najmłodszy wnuk.

Mam też dwie wspaniałe prawnuczki. 13 września 2001 roku urodziła się Nastazja, córka mojego wnuka Patryka i jego żony Ani. Natomiast 1 kwietnia 2005 roku na świat przyszła moja druga prawnuczka Matylda, która jest córeczką Adrianny i Mateusza. Moje prawnuczki to wspaniałe dziewczynki. Są radością całej rodziny.

JA I PAWEŁ

Moja babcia to dymiący wulkan energii ze świetnym poczuciem humoru. Nasze relacje są niezwykłe. Jaka ona jest? Trudno mi w kilku słowach ją opisać. Dlatego przytoczę pewne zdarzenie:

Cześć babciu, zrobimy dzisiaj małą sesję fotograficzną w ogródku? - pytam.
Daj mi spokój, nic tylko się głupotami zajmujesz. Młodsze sobie znajdź do fotografowania. Ja nie mam czasu, pomidory trzeba podlać... - mówi babcia, zmieniając jednocześnie fartuch na nieco bardziej wyjściowy, i malując usta, żeby na zdjęciu ładnie wyszło. Dwie minuty później z wdziękiem prezentuje mi rekordowej wielkości warzywa i owoce, wcale nie przejęta faktem, że biegam dookoła niej z aparatem fotograficznym. W pewnym momencie wyciąga papierosa i mówi:
Wiesz co, twój ojciec to był kiedyś porządny chłopak. Wyszedł kulturalnie z teściową na papieroska... A teraz co? Rzucił palenie i zdziadział.

PRZECIWIEŃSTWA SIĘ PRZYCIĄGAJĄ

Mój mąż był wspaniałym człowiekiem. To był idealny mąż, idealny rolnik. Przejął gospodarstwo rodziców i już tu zostaliśmy. Zajmowałam się głównie domem i inwentarzem. Edmund całe swoje życie poświęcił rolnictwu. Był bardzo pracowity i zaradny. Praca na roli wymaga wielkiego zaangażowania. Cały czas trzeba mieć wszystko na oku i dbać o gospodarstwo. Miał też swoją pasję, którą było myślistwo.


Zawsze mówił łagodnie, nie podnosił głosu, był bardzo taktowny. Ja byłam bardziej przebojowa, on natomiast spokojny i opanowany. Tolerował wszystkie moje "wyskoki". Udzielałam się przecież w wielu dziedzinach. Należałam do kółka teatralnego, do chóru, jeździłam na występy i konkursy. On patrzył na to z przymrużeniem oka. Bardzo lubił jeździć i oglądać, kiedy grałam w jakimś przedstawieniu.


Chociaż moja działalność artystyczna czasami działała mu na nerwy. No bo jak można się nie denerwować, kiedy żona wieczorami wychodzi z domu? Byłam bardzo zaangażowana. Wiedziałam, że jeżeli chcemy coś interesującego pokazać, musimy dużo ćwiczyć. Dlatego też często chodziłam na próby. Pieniądze, które udało nam się zarobić dzięki popisom artystycznym, przeznaczaliśmy na szkołę.

Dużo pracy miałam też podczas szykowania wystaw. Do każdej starałam się przygotować bardzo starannie. Inny mąż pewnie nie pozwoliłby żonie tak bardzo angażować się w zajęcia poza domem i jeździć po świecie.
Edmund zaczął mieć problemy ze zdrowiem. Pewnego dnia powiedział do mnie: "Zapal światło, bo nic nie widzę." Okazało się, że stracił wzrok. Zaczął coraz bardziej podupadać na zdrowiu, musiał mieć cały czas opiekę. Pod koniec życia był w szpitalu, gdyż zachorował na zapalenie opon mózgowych. Zmarł 3 września 2005 w szpitalu. Mocno to przeżyłam. Wszystkim bardzo go brakuje.

Edmund dbał o mnie i rozpieszczał. Czy dzisiaj są jeszcze tacy mężczyźni, którzy spełniają wszystkie zachcianki swoich żon? A on właśnie taki był. Zawsze mówił do mnie: "Kochanie moje."


TO, CO NAJWAŻNIEJSZE

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że mechanizacja i postęp wpływają na poprawę jakości życia. Problemy, które kiedyś były istotne, teraz odeszły w zapomnienie. Ciężko nam było na początku, ale nasze zaangażowanie i praca opłaciły się. Teraz jest dużo łatwiej. Można sobie inaczej pracę zaplanować i pracować dla przyjemności. Każdy może robić to, co lubi i znaleźć kawałek dla siebie. Cieszę się, że życie idzie naprzód i teraz jest łatwiej. Tylko mimo tych udogodnień warto pamiętać o tym, że człowiek musi sam wszystkiego dopilnować i nad wszystkim czuwać.

Jestem zadowolona ze swojego życia. Czasami myślę o tym, jak to się wszystko dalej ułoży. Boje się chorób i przykucia do łóżka. Ale takie są koleje losu. Są ludzie, którzy zostają sami na starość. To jest najbardziej przerażające. Ja mam świetne warunki. Do tego swoją pasję i dzięki temu jestem szczęśliwa. Wstaję rano i wiem, co mam robić. Po pracy lubię sobie poczytać. To mnie odpręża.


Nie rozumiem dzisiejszego świata. Młodzi ludzie żyją teraz inaczej. Nie podoba mi się model dzisiejszej rodziny. Dla mnie to są "ślepe małżeństwa". Dawniej nie było możliwości, żeby młodzi ludzie mieszkali ze sobą przed ślubem, a sakramentalne "tak" wypowiedziane w kościele cementowało związek. Dzisiaj zmieniły się priorytety życiowe. Trudno przyzwyczaić się do sposobu bycia młodych ludzi.

Najważniejsza rzeczą dla mnie jest tolerancja w rodzinie. Każdy ma swój charakter i czasem trudno dostosować się do drugiego człowieka. Nie miałam nigdy problemów natury osobistej. Nie kłóciliśmy się z mężem, nie było między nami poważnych konfliktów. Teraz już widzę różnice pomiędzy generacjami. Ja chcę robić po swojemu, młodzi wolą inaczej i trzeba to wszystko pogodzić. Przedtem sama prowadziłam gospodarstwo domowe. Teraz praca jest podzielona. Jestem odpowiedzialna za swoją cześć. Nie lubię, kiedy mnie ktoś krytykuje. Są też rzeczy, których ja nie mogłabym tolerować.

Bardzo się cieszę, że moje dzieci i wnuki wspaniale radzą sobie w życiu. Nie muszę martwić się o swoich najbliższych. Jestem dumna z tego, co osiągnęli. To jest powód do zadowolenia.


TWARZ MY LIFE

To wielki zaszczyt, że moje zdjęcie reklamuje program My Life. Zawsze lubiłam czytać, w szczególności pamiętniki, powieści biograficzne i opowiadania. Dlatego ucieszyłam się, że na portalu z życiorysami będzie moje zdjęcie. Fotografia, która jest na tytułowej stronie, została zrobiona przez mojego wnuka Pawła. Pamiętam, że to było latem. Namówił mnie i zrobiliśmy słynną sesję z truskawkami. Potem umieścił to zdjęcie, i kilka innych zrobionych tego samego dnia, na forum fotograficznym. Tam spotkały się z bardzo pozytywnym przyjęciem. Paweł powiedział mi, że zobaczył je również kolega, który projektował strony portalu dla My Life. Dogadali się i moje zdjęcie jest teraz na tytułowej stronie portalu. Bardzo się z tego cieszę.

NIEZWYKŁE SPOTKANIE

Babcia z truskawką to twarz programu MY LIFE. W tamtym roku to przepiękne zdjęcie pojawiło się na naszym portalu z życiorysami. Zawsze zastanawiałam się, kim jest jego bohaterka. Zafascynowała mnie niezwykła twarz kobiety. Kobiety z charakterem. Bo ten charakter było widać od razu. Kiedy dostałam maila od Pawła z zapytaniem, czy jest możliwe przygotowanie życiorysu Babci Wandzi, bardzo szybko odpisałam. Nawiązałam też kontakt telefoniczny z Babcią. Dowiedziałam się, że przez wiele lat pisała pamiętnik. Poprosiłam o przesłanie kopii. Kiedy ją dostałam, zaczęłam przepisywać. Wciągnęła mnie historia pięknej, pracowitej kobiety, obdarzonej charyzmą, zadziornym charakterem i artystyczną duszą. Ale to było za mało. Kiedy wszystko już przepisałam, postanowiłam ją odwiedzić. 12 października ja i moje koleżanki, Magda i Ola, pojechałyśmy w daleką podróż do Dziewierzewa. I w końcu poznałyśmy Ją. To było niesamowite spotkanie. Babcia okazała się osobą o bardzo bogatym wnętrzu i ciekawej osobowości. Poznałyśmy "Babcię z truskawką"! Teraz to już jest też nasza Babcia.


Dodano: 2010-04-01 10:02:40    Odsłon: 1435
Powered by Sigsiu.NET